Pomoc rzeczywiście przychodzi czasem z góry. Od ludzi też. Bo to motoparalotniarz, Józef Koziczkowski ze Starogardu Gd., wypatrzył w zbożu zaginioną 85-letnią kobietę. Poszukiwała ją przez dwie doby ponad setka ludzi.

Kobieta, mieszkająca na stałe poza granicami Polski, gościła w Starej Jani, w gminie Skórcz. W środę przed południem wyszła z domu i ślad po niej zaginął. Jeszcze tego samego dnia zawiadomiono policję. W akcję poszukiwawczą zaangażowanych było ponad 100 osób – policjanci, strażacy z psami tropiącymi, okoliczni mieszkańcy. Rodzina zaangażowała też jasnowidza z Człuchowa, Krzysztofa Jackowskiego. Sprawdzano okoliczne lasy, pola, zabudowania oraz dworce. W mediach ukazywały się komunikaty. Jak potem policzono, w sumie przeszukano obszar o powierzchni blisko 150 hektarów. Oczekiwanego efektu wciąż jednak nie było.

– W pewnym momencie zaczął robić się mętlik, bo otrzymywaliśmy różne informacje o poszukiwanej – relacjonuje nadkom. Bogusław Ziemba, zastępca komendanta starogardzkiej policji. – Ktoś mówił, że ją widział w Starej Jani, ktoś inny wskazywał nam, że chyba odjechała jakimś samochodem, albo że poszła w kierunku dworca.

W piątek policjanci zaczęli radzić, co dalej robić i wpadli na pomysł, że skoro dotychczasowe działania nic nie dały, może dobrze byłoby spróbować innego sposobu. Padło hasło: motolotnie. Dotąd starogardzcy policjanci nie korzystali z tej formy szukania zaginionych osób.

– Skontaktowaliśmy się z miejscowymi motolotniarzami, poprosiliśmy ich o pomoc i ci szybko zdecydowali się wziąć udział w akcji – dodaje nadkom. Bogusław Ziemba.

W sumie było ich trzech: dwóch motolotniarzy i jeden motoparalotniarz. Przy okazji wyjaśnijmy na czym tu polega różnica. Z grubsza rzecz ujmując, motolotniarz siedzi na wózku z kółkami i ma mocno ograniczone pole widzenie. Motoparalotniarz ma napęd na plecach. Co ważne, ma on dużo większą swobodę w obserwacji terenu nad którym przelatuje. I to właśnie motoparalotniarz ze Starogardu Gd., Józef Koziczkowski, zobaczył jako pierwszy poszukiwaną kobietę.

– Leciałem w rejonie, który wskazywał jasnowidz – opowiada Józef Koziczkowski. – W pewnym momencie zauważyłem w studzience coś, co przypominało człowieka, ale gdy podleciałem bliżej okazało się, że to był pień drzewa. W końcu zdecydowałem się polecieć, wbrew wskazaniom, w innym kierunku.

Decyzja była słuszna. Krążąc nad polem ze zbożem mieszkaniec Starogardu zauważył leżącą na plecach kobietę i powiadomił o tym szybko policjantów.

– Myślałem, że kobieta nie żyje, tym bardziej, iż w przeszłości odnajdywałem poszukiwane osoby, niestety, już nieżywe – relacjonuje motoparalotniarz. – Gdy wylądowałem spojrzałem na jednego z policjantów. A on podniósł kciuk do góry na znak, że wszystko jest dobrze. To była najwspanialsza chwila!

Jak się okazało kobieta leżała w zbożu około 800 metrów od miejsca, w którym widziano ją po raz ostatni. Prawdopodobnie straciła orientację w terenie i nie była w stanie znaleźć powrotnej drogi. Gdy ją odnaleziono była przytomna, nawet mówiła policjantom, że chce wrócić do domu. Szybko jednak została zawieziona przez pogotowie do starogardzkiego Szpitala św. Jana. Jak nas poinformowała policja, trafiła tam na obserwację, a jej życiu nic nie zagraża.

Józef Koziczkowski jak i jego koledzy motolotniarze pomogli bezinteresownie. Nie oczekują nawet, że ktoś im zwróci za paliwo.

– Bo czy można przeliczyć życie na 20 zł? – pyta Józef Koziczkowski, strażak OSP Karsin.

&Źródło: Dziennik Bałtycki.

o autorze

Redakcja