Trzy leśne drogi prowadzące do obozu były zablokowane zwalonymi drzewami, w niektórych miejscach nawet do wysokości pierwszego piętra – mówił Polskiej Agencji Prasowej gen. brygadier Leszek Suski, Komendant Główny PSP.

W nocy z 11 na 12 sierpnia przez województwo pomorskie przeszły gwałtowne burze, zginęło sześć osób, w tym dwie dziewczynki przebywające na obozie harcerskim w miejscowości Suszek. O akcji opowiedział Komendant Główny PSP.

Zgłoszenie o sytuacji w Suszku dyżurny Komendy Powiatowej PSP w Chojnicach odebrał kilkanaście minut przed północą, a pierwszy zastęp, sześciu strażaków, wyjechał pod dwóch minutach od zgłoszenia.

– Do obozu było około 17 kilometrów. Strażacy po przejechaniu około 12 km drogą, z której też musieli usuwać powalone drzewa, dotarli do miejscowości Rytel. Okazało się, że droga była zawalona drzewami. Wobec tego dalej ruszyli pieszo i dotarli do miejscowości Lotyń oddalonej od obozu o 3-4 kilometry. Trzy leśne drogi prowadzące do obozu były zablokowane zwalonymi drzewami, w niektórych miejscach nawet do wysokości pierwszego piętra. Przejście 100 metrów zajmowało ratownikom nawet 20 minut – tłumaczy Suski.

Jak dodaje, w utorowaniu drogi pomagali mieszkańcy Lotynia oraz druhowie OSP. Został wysłany patrol – jeden strażak i jeden policjant. Następnie poszła grupa czteroosobowa – trzech strażaków i ratownik medyczny. W pewnym momencie jeden ze strażaków doznał urazu i musiał wrócić. – Pozostałe trzy osoby z tej grupy, idąc dalej w kierunku obozu, dotarły do brzegu jeziora, gdzie biwakowała grupa ludzi, którzy użyczyli strażakom łódź – powiedział komendant główny PSP.

W następnych minutach w kierunku obozu w Suszku wyruszyła pieszo kolejna 10-osobowa grupa: strażacy PSP i OSP, dwóch policjantów oraz leśnik, który znał ten teren. Po dotarciu do jeziora znaleźli łódkę, na której popłynęło sześć osób z uprawnieniami medycznymi. Łódź nie miała wioseł, więc strażacy sprawili wiosła z desek pomostu oraz znaku leśnego, a następnie przepłynęli przez jezioro do obozu.

Obóz rozciągał się na przestrzeni około 400 metrów – było tam kilka podobozów. Gdy ratownicy dotarli na miejsce, okazało się, że nikogo tam nie było, więc zaczęli szukać harcerzy. Okazało się, że część z nich schroniła się w pobliskim młodniku. Strażacy dostrzegli dym i poszli w tym kierunku; grupa harcerzy – opowiada komendant. Następnie przystąpili do segregacji rannych metodą „triage”, ciężej poszkodowanych było dwóch harcerzy – jeden miał złamaną kość podudzia, drugi potłuczenia klatki piersiowej. Ponad 30 osób odniosło lżejsze obrażenia.

– Za strażakami, którzy pieszo przebili się przez powalony las, do obozu dotarły quad i samochody terenowe. W pomoc bardzo włączyli się mieszkańcy pobliskiej wsi, którzy także dotarli dwoma terenowymi samochodami – podkreśla Suski.

Ranne dzieci zostały ewakuowane do miejscowości Lotyń, gdzie strażacy postawili miasteczko namiotowe wyposażone m.in. w nagrzewnice. – Skorzystaliśmy też ze świetlicy wiejskiej. Wszystkie dzieci strażacy ewakuowali z obozu w ciągu dwóch godzin. Ranni trafili do szpitali, a pozostali harcerze do miejscowości Nowa Cerkiew, gdzie przyjeżdżali ich rodzice – mówi szef straży pożarnej.

Do dyspozycji strażaków były trzy śmigłowce: Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, Marynarki Wojennej i Straży Granicznej. Do tego ostatniego wsiadła Specjalistyczna Grupa Ratownictwa Wysokościowego, ale w trakcie lotu pilot podjął decyzję, że ze względu na złe warunki atmosferyczne nie może wylądować i zawrócił.

W tym samym czasie w ramach Centralnego Odwodu Operacyjnego do Suszka zadysponowano kilkanaście zastępów z województwa pomorskiego i zachodniopomorskiego, dwie grupy poszukiwawczo – ratownicze z Gdańska i Warszawy i słuchaczy z SGSP i SP PSP Bydgoszcz. W gotowości było również 500 policjantów.

Leszek Suski powiedział, że pierwsze informacje o sytuacji w obozie dostał przed godziną 1 w nocy.

Foto. GPR OSP Gdańsk

o autorze

Redakcja/Łukasz