Na stronie głównej portalu gazeta.pl ukazał się materiał, który informuje mieszkańców o pewnym, niepokojącym zjawisku w Jednostce Ratowniczo – Gaśniczej w Busku-Zdroju, gdzie istnieje podejrzenie, że strażacy są powoływani na pewne stanowisko tylko po to, by odchodząc na emeryturę dostali większe pieniądze.

Od października 2010 w tej jednostce Ratowniczo-Gaśniczej w Busku-Zdroju jest już szósty zastępca dowódcy – pięciu poprzednich odeszło na emeryturę. Komendant powiatowy rozkłada ręce i przekonuje, że nie powoływał ich na to stanowisko tylko po to, aby dostali większe pieniądze.

Życie pokazuje coś zupełnie innego. W ciągu ostatnich dwu i pół roku stanowisko zastępcy dowódcy zajmowali wyłącznie ci strażacy, którzy odchodzili wkrótce na emeryturę – dwóch z nich już po miesiącu.

Każdy z tych strażaków spełniał warunki do powoływania na to stanowisko. To była kadra dowódcza, nie byli to panowie z siódmego rzędu. Nie mam prawa zabronić nikomu odejścia – mówi młodszy brygadier Kazimierz Ścibiło, komendant powiatowy Państwowej Straży Pożarnej w Busku-Zdroju.

Redaktorom gazeta.pl tłumaczy dlaczego odchodzili wkrótce po awansie. Wszystko przez niepewność związaną z reformą systemu emerytur mundurowych, która weszła w życie w tamtym roku i skutecznie zmniejsza przywileje strażakom rozpoczynającym pracę. W straży, podobnie jak w innych formacjach mundurowych, np. policji, wysokość emerytury wylicza się na podstawie ostatniej pensji. Pełna po prawie 29 latach służby wynosi 75 proc. tego wynagrodzenia. Nic więc dziwnego, że aż tak opłaca się choćby na ostatni miesiąc pracy awansować.

Awansowany na zastępce dowódcy strażak mógł zyskać nawet 1 tys. zł, co oznacza o 750 zł wyższą emeryturę. Mało tego, według informatorów „Gazety” przez ten miesiąc, czy kilka miesięcy po awansowaniu strażacy zwykle wykorzystywali zaległy urlop. Sugerują również, że komendant nie chce na stałe obsadzić stanowiska o którym mowa na stałe, bo trzyma je tylko i wyłącznie dla tych strażaków, którzy odchodzą na emeryturę.

Komendant stanowczo nie zgadza się z takim zarzutem, przyznaje jednak, że zdarzył się też trzymiesięczny wakat na te stanowisko. Tłumaczy się, że trzeba było najpierw wytypować człowieka, przekonać go do ośmiogodzinnego systemu pracy, a przy awansie bierze pod uwagę również opinię zastępcy komendanta oraz dowódcy JRG.

– W żadnym wypadku nie złamałem prawa. Żaden z tych panów nie jest moim bratem, wujkiem czy kuzynem – zapewnia komendant Ścibiło.

Komenda Wojewódzka PSP odpowiada „Gazecie” w sposób następujący:

– Dużo czy mało, jest to subiektywna ocena. Prezesi w firmach też się często zmieniają – uważa brygadier Arkadiusz Wesołowski, rzecznik prasowy komendanta wojewódzkiego oraz naczelnik wydziału organizacji i nadzoru. – To nie jest takie proste mianować kogoś na to stanowisko, zdobycie wymaganych kwalifikacji trwa. Należałoby każdy przypadek przeanalizować – zwraca uwagę młodszy brygadier Sylwester Krzeszowski, naczelnik wydziału kadr.

– Zapoznam się ze sprawą, przyjrzę się temu bliżej – deklaruje nadbrygadier Zbigniew Muszczak, świętokrzyski komendant wojewódzki.

A Wy co myślicie o tym powszechnym zjawisku? Z jednej strony strażakom należy się jak największe uznanie i godne odejście, ale czy na pewno w taki sposób?

o autorze

Redakcja