Do pożaru doszło w Rybniku przy ulicy Rymera późnym wieczorem. Jeden z lokatorów zasnął w fotelu, zostawiając na włączonej kuchence gazowej garnek z potrawą, która w późniejszym czasie wyparowała, a garnek zaczął się tlić.

Jeden z przechodniów krzyknął, iż na drugim piętrze się pali. Sylwester Gwóźdź był w tym czasie u znajomych na pierwszym piętrze. Bez zawahania pobiegł wraz z dwoma kolegami piętro wyżej. W momencie na brak odpowiedzi  na pukanie, mężczyźni wyważyli drzwi i weszli do mieszkania.

Wyważyli drzwi, wynieśli pijanego lokatora, pootwierali okna, wyłączyli piecyk gazowy. Po wszystkim pan Sylwester zaczął wymiotować, karetka zabrała go do szpitala, gdzie wystawiono mu fakturę za badania. Przecież oni uratowali życie sąsiadowi. – powiedział mł. bryg. Bogusław Łabędzki, rzecznik prasowy Państwowej Straży Pożarnej w Rybniku.

Mieszkanie było całkowicie zadymione. Drogę po nim mężczyźni przyświecali sobie telefonem komórkowym. Po znalezieniu lokatora, został on wyniesiony na klatkę schodową. Pan Sylwester zajął się wyłączeniem kuchenki, zalaniu jej wodą, a także otwarciem okien.

Lokator był pijany i nie był w stanie powiedzieć czy w mieszkaniu znajdował się ktoś jeszcze. Dlatego pan Sylwester dokonał penetracji pozostałych pomieszczeń. Wszystko to działo się przed przyjazdem służb mundurowych na miejsce zdarzenia.

A jeśli tam byłby ogień i zanim byśmy przyjechali, zająłby całe mieszkanie, a potem blok? Jak widzimy dym, powinniśmy interweniować natychmiast. Dla mieszkańców nawet większym zagrożeniem jest zadymienie niż ogień. Niemal wszystkie ofiary pożaru umarły z powodu zatrucia tlenkiem węgla, niż samego ognia. – dopowiedział mł. bryg. Bogusław Łabędzki

Po przybyciu Zespołu Ratownictwa Medycznego pan Sylwester Gwóźdź oznajmił, że nic mu nie jest, poza duszeniem w gardle. Chwilę później zwymiotował. Karetka przetransportowała go na Szpitalny Oddział Ratunkowy, gdzie mężczyzna przeszedł badania na zawartość tlenku węgla we krwi i – profilaktycznie – tlenoterapię, dostał kroplówkę i tabletki. Szpital opuścił tego samego dnia.

Za ten heroiczny czyn szpital wystawił mu fakturę opiewającą na kwotę 353,50, którą należy zapłacić w terminie 30 dni lub wskazać płatnika. Pan Sylwester ubezpiecza się zdrowotnie za granicą, ponieważ tam na co dzień pracuje. Zapomniał jednak, że ubezpieczenie wygasło.

Nie czuję się bohaterem. To był obywatelski obowiązek. Nie robiłbym problemu, gdyby ten delikwent był trzeźwy. Zawinił i nie poniesie żadnych kosztów, a ja zapłacę za uratowanie mu życia – powiedział rozżalony pan Sylwester Gwóźdź.

Mimo, iż procedury jasno mówią, iż każdy nieubezpieczony pacjent musi zapłacić za leczenie w szpitalu, jest od tego odstępstwo. Możliwe jest również umorzenie długu – niestety koszty odzyskania pieniędzy przekraczają sumę do odzyskania.

Sytuacja pana Sylwestra idealnie wyczerpuje uzasadnioną przyczynę. Działał w interesie społecznym i nie z własnej woli wymagał zaopatrzenia medycznego. Musi tylko napisać do nas list z wyjaśnieniami i wysłać pocztą tradycyjną, dyrekcja szpitala go rozpatrzy. Informacje w mediach na temat tej akcji też będą przydatne. – poinformował
Michał Sieroń, rzecznik Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego nr 3 w Rybniku.

tekst na podstawie TVN24.pl

o autorze

Redakcja