Ile razy oglądając film czy serial telewizyjny czuliście się jakby wszystko działo się wokół was? Ja takie wrażenie miałem oglądając „Strażaków” emitowanych w każdą sobotę na antenie telewizyjnej jedynki… niestety tylko podczas emisji pierwszego sezonu.

W artykule mogą pojawić się spoilery i nie ma on na celu obrazy kogokolwiek. Jest to subiektywna opinia autora!

Życie strażaka pełne jest niespodzianek, o czym można przekonać się nawet nie wychodząc z domu i oglądając serial o strażakach. Ogólnie jestem sceptykiem jeśli chodzi o polskie produkcje tego typu i nie oczekiwałem zbyt wiele od roli Macieja Zakościelnego, którego bardziej kojarzę z polskich komedii romantycznych niż z filmów akcji. Po obejrzeniu pierwszych odcinków pierwszego sezonu byłem pod wrażeniem, bo spodziewałem się jakiegoś romansidła, a co najwyżej gdzieś w tle kilku wozów strażackich czy nieudolnie nagranych pożarów. Byłem w błędzie, co cieszy mnie najbardziej.

Pokazanie strażaków ochotników od prywatnej strony, aptekarz, taksówkarz, radiowiec, barmanka, prawnik. Zapełniło to pewną niszę, której brakowało w polskiej telewizji wypełnionej miłością i nienawiścią po brzegi. Akcje ratowniczo – gaśnicze może można byłoby poprowadzić trochę inaczej, lecz uważam, że dobrze jest jak jest. W realnym życiu nie zawsze udaje się postąpić najlepiej jak to tylko możliwe, a podczas akcji często zapomina się o jakiejś głupocie, jakimś szczególe. „Strażacy” będąc idealnym serialem dokumentalnym relacjonującym zgodnie z procedurami każdą akcję straciłby swój pazur. Jedyna rzecz, która jest  mało realna to to, że przez cały czas coś się na remizie w Żyrardowie działo: sprawdzanie węży, samochodu bojowego, lanie wody. Nie często ochotnicze remizy tętniące życiem każdego dnia spotykane w realnym życiu. Scenarzyście można też zarzucić chęć pokazania na siłę całego sprzętu, którym dysponują jednostki (głównie z KSRG) Ochotniczych Straży Pożarnych. Nie wygląda to źle, ale takie słodzenie że ochotnicy wszystko mają jest nienaturalne w polskich realiach.

Wojciech Lewicki - wypadek w fabryce

Wątek Wojtka Lewickiego z syndromem stresu pourazowego świadomie pokazuje, że nie każdy może pracować w zawodzie Strażaka

Dzięki telewizji na życzenie VOD w oczekiwaniu na drugi sezon, pierwsze dziesięć odcinków połknąłem przynajmniej 4 – 5 razy. Nie mogłem doczekać się kolejnych wyjazdów Ochotniczej Straży Pożarnej z Żyrardowa. Aż w końcu nadszedł sądny dzień, 5 marca, sobota godzina 20:25, cisza przed telewizorem. Kilkanaście minut po 21:00 w pokoju nadal słychać było ciszę a obok niej opad szczęki na podłogę. Odcinek oparty na wydarzeniach katastrofy kolejowej w Szczekocinach postawił poprzeczkę bardzo wysoko. Kolejne dziewięć odcinków niestety strącało ją pomimo zawieszania jej coraz niżej. Moja największa obawa ziściła się i na pierwszy plan rzucony został wątek miłosny i sprawa ojcostwa nad Krzyśkiem. Jako strażak ochotnik rozumiem, że rodzina jest ważna, zdrowie i życie ludzkie również, jednak pierwszy sezon przyzwyczaił mnie już do oglądania akcji w taki sposób, jakbym to sam brał w niej udział. Tutaj na tym polu kompletna klapa, a samych działań jednostki z Żyrardowa jak na lekarstwo, wszystko zaczęło kręcić się wokół Warszawy i trójkąta Kamila – Adam – Krzysiek (Magda).  Naprawdę lokowanie produktu nie przeszkadzało mi tak bardzo jak ten wątek miłosny. Oglądając drugi sezon czułem jakby wkrótce miało dojść do fuzji seriali „Strażacy”, „Barwy Szczęścia” i „M jak miłość” (te dwa ostatnie jeszcze istnieją?).

Mogę spekulować, że na podstawie spadającej oglądalności serialu, o czym poinformował portal wirtualnemedia.pl, część widzów ma podobne zdanie do mojego. Ale to tylko spekulacje. Co prawda, ostatni odcinek daje nadzieje na to, że wszystko wróci na właściwe (wg. mnie) tory. Nowa bohaterka – strażaczka w PSP, Kamila za granicą, Adam polepsza kontakty z Krzyśkiem, Magda odrzuca Daria. Co scenarzyści zaproponują nam tym razem? Mam nadzieję, że nie kolejną część historii miłosnej, tylko serial zapierający dech w piersiach.

o autorze

Redakcja/K