Pierwsze próby przyprawiają o zawrót głowy i zazwyczaj kończą się upadkiem. W miarę upływu czasu zmysł równowagi daje się ujarzmić. Wyrabia się także kondycja fizyczna. Nadążanie za modelem, który lata po okręgu z prędkością przekraczającą 300 km/h, wkrótce staje się możliwe.&Przekonał się o tym st. kpt. Paweł Praus z KW PSP w Katowicach, pasjonat modeli latających na uwięzi.

Półka z nagrodami, pucharami i medalami st. kpt. Paweł Prausa ugina się od ciężaru. – W tym roku po raz 15. udało mi się obronić tytuł mistrza Polski Modeli Latających na Uwięzi w klasie modeli prędkościowych – mówi pasjonat. Na swoim koncie ma także dwa wicemistrzostwa w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Sam przyznaje, że to dość oryginalne hobby, któremu oddał się w całości.

– Od kiedy tylko pamiętam interesowały mnie samoloty – mówi. Pod okiem taty budował pierwsze modele tych maszyn. W szkole podstawowej spędzał długie godziny w pracowni modelarskiej w Katowickim Pałacu Młodzieży. Po ukończeniu pierwszego swobodnie latającego szybowca typu „Jaskółka”, przyszła kolej na konstrukcje napędzane miniaturowymi silniczkami spalinowymi.

Choć modelarstwo pochłaniało go bez reszty, wciąż z utęsknieniem patrzył wysoko w niebo. Marzył o fotelu pilota i lotach w chmurach. – Próbowałem dostać się do Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie, ale zdrowie nie dopisało. Wielka pasja pozostała w skali mikro. Modelarstwo stało się dla mnie substytutem „dużego” latania – mówi.

Spod rąk pasjonata wychodziły kolejne modele: akrobacyjne, konstrukcje przeznaczone do wyścigu zespołowego, prędkościowe. – Już dokładnie nie liczę, ale w życiu zbudowałem zapewne kilkadziesiąt – mówi. I dodaje: Budowa modeli to dokładność, wiedza, koncentracja i uwaga. Ale nade wszystko: czas – niekiedy 300 roboczogodzin. I nie da się go skrócić. Nie da się przyspieszyć żmudnych procesów budowy.

Jak wyglądają modele? – Te prędkościowe rzadko przypominają rzeczywiste samoloty. Są asymetryczne – mają tylko jedno skrzydło, jedną część statecznika poziomego i jednołopatowe śmigło. Gdyby taki model ktoś chciał zaadaptować, jako maszynę latającą swobodnie – to daremne jego trudy. Jedynie na uwięzi taka konstrukcja ma szansę lotu i spisuje się znakomicie – mówi. Model przyczepiony jest do linek wykonanych ze strun fortepianowych o średnicy 0,4 mm i długości 17,69 m – długość uwięzi została tak dobrana, aby 9 okrążeń toru, czyli baza pomiarowa dla modelu, równa była dystansowi 1000 m. Linki są zazwyczaj dwie – gdy pociągniemy za jedną, model wzbija się, jeśli za drugą – kieruje się do dołu.

– Zredukowane elementy w konstrukcjach prędkościowych sprawiają, że model lata szybciej – tłumaczy specjalista. – Pojazdy na uwięzi charakteryzują się również tym, że przez cały czas lotu jest z nimi fizyczny kontakt, właśnie za pomocą linek. Czujemy, co się z nimi dzieje, czego potrzebują, można na nie wpływać. Jest pełna kontrola, wprawny pilot takiego modelu potrafi wykonywać lot bez kontaktu wzrokowego, takiej możliwości nie ma w modelach sterowanych radiem. Trzymana w ręku aparatura do zdalnego sterowania nie potrafi odzwierciedlić, w jakim stanie znajduje się model kierowany za pomocą fal radiowych – wyjaśnia st. kpt. Paweł Praus.

Nie sama konstrukcja przesądza jednak o wygranej w mistrzostwach. – Trzeba się z tym modelem obracać – bo on lata po okręgu. To wymaga dobrej kondycji fizycznej i okiełznanego zmysłu równowagi. Po pierwszych próbach lotu modelem na uwięzi każdemu w głowie się zakręci – mówi st. kpt. Paweł Praus.

Nauka obsługi wymagała więc od modelarza wytrwałości. Z czasem przyszły sukcesy. Najpierw na szczeblu lokalnym i ogólnopolskim. – Pierwsze mistrzostwa świata, w których brałem udział, miały miejsce w 1996 roku – opowiada st. kpt. Paweł Praus. Wspomina swojego trenera Andrzeja Rachwała. – To pod jego okiem wszystkiego się nauczyłem – mówi.

Dziś st. kpt. Praus. sam przekazuje innym wiedzę. – Prowadzę dwie modelarnie, mam sporo wychowanków, którzy są laureatami ogólnokrajowych zmagań. W tym roku dwóch moich podopiecznych zdobyło tytuł mistrza Polski. Dzielę się z nimi moją pasją – mówi.

Nie tylko trenuje miłośników tej dyscypliny. Po sukcesie organizacyjnym Mistrzostw Europy Modeli Latających na Uwięzi, które odbyły się w 2011 roku w Częstochowie, bierze udział w pracach komitetu organizacyjnego tegorocznych światowych zmagań. Tym razem pasjonaci modeli latających na uwięzi spotkają się w dniach 9-16 sierpnia we Włocławku.

St. kpt. Paweł Praus będzie również uczestnikiem i kierownikiem polskiej reprezentacji. – Będziemy walczyć w trzech klasach modeli latających na uwięzi: prędkich, akrobacyjnych i wyścigowych – mówi. Te ostatnie porównuje do wyścigów F1. – W tym samym kręgu lecą jednocześnie trzy modele, każdy z nich ma pilota i mechanika. Skonstruowany pojazd musi w jak najszybszym czasie pokonać 100 okrążeń toru, co przy długości linek 15,92m stanowi dystans 10 km. Najszybsze modele pokonują go w czasie nieznacznie przekraczającym 3 minuty! Żeby nie było tak łatwo – przewidziane są utrudnienia regulaminowe: pojemność zbiorniczka paliwa jest na tyle mała, że nie wystarcza na cały przelot. Trzeba więc lądować i uzupełniać paliwo, a potem znów wrócić do wyścigu. To widowiskowe zmagania, bo modele wzajemnie się wyprzedzają, zdarzają się też niestety kraksy – wyjaśnia.

Nasza reprezentacja nie wystąpi jedynie w klasie modeli do walki powierzanej. – To zmagania modeli z przyczepionymi taśmami z bibułki. Wygrywa ten zawodnik, któremu uda się tę taśmę obciąć przeciwnikowi pracującym śmigłem. Niestety, nie mamy swoich reprezentantów w tej klasie – tłumaczy pasjonat.

Niektórzy twierdzą, że zmagania modeli latających na uwięzi nie są popularną dyscypliną, lecz do organizatorów odbywających się w Polsce mistrzostw dotarły już 340 zgłoszenia zawodników. St. kpt. Praus. marzy, by doprowadzić swoją drużynę do zwycięstwa. Wie, że stanąć na podium będzie ciężko. – W klasie modeli prędkościowych poprzeczkę najwyżej stawiają Anglicy, Rosjanie i Ukraińcy. Ich modele są bardzo wysokiej jakości – opierają się na kosmicznej (dosłownie) technologii.&Inżynierowie lotniczy, którzy stracili pracę po upadku Związku Radzieckiego, wykorzystują teraz swoją wiedzę w modelarstwie. Do tego pracują na doskonałych materiałach opowiada funkcjonariusz PSP.

Zapewnia, że polska reprezentacja mimo wszystko będzie aspirować jak najwyżej. – Co roku wkładamy mnóstwo pracy w przygotowania. To jednak trudna walka. Kupujemy 1-2 silniczki rocznie, podczas gdy Rosjanie i Ukraińcy (jako producenci) mają ich bez liku – mówi.

Kciuki za st. kpt. Prausa będą z pewnością trzymać koledzy z Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej w Katowicach. – Nie planowałem pracy w straży pożarnej. Po niezdanym egzaminie do szkoły lotniczej poszedłem na studia chemiczne na Uniwersytecie Śląskim – mówi. Szybko okazało się, że taka wiedza znajduje zastosowanie w służbie w straży pożarnej. – Pracuję w Wydziale Kontrolo-Rozpoznawczym i korzystam z wykształcenia, bo zajmuję się kontrolą zakładów stwarzających duże ryzyko wystąpienia awarii przemysłowej – tłumaczy. Przyznaje, że praca sprawia mu satysfakcję. Świetnie godzi swoje obowiązki z hobby. Zaznacza, że spora w tym zasługa jego przełożonych, którzy wspierają go w jego pasji.&

Źródło: msw.gov.pl

o autorze

Redakcja