Jestem już na całe życie naznaczony tym, co wydarzyło się 11 września 2001 w Nowym Jorku – powiedział KAI Stanisław Trojanowski, polski strażak, który 19 lat temu uczestniczył w gaszeniu pożarów i ratowaniu ludzi po zamachach terrorystycznych na Światowe Centrum Handlowe w tym mieście. Przypomniał przebieg tamtych wydarzeń, wspomniał o śmierci swych kolegów i późniejszych losach tych, którzy je przeżyli oraz wezwał do stałej pamięci o nich.

Waldemar Piasecki (KAI):  Jesteś najbardziej znanym Polakiem bezpośrednio związanym z atakiem na Nowy Jork 11 września 2001 roku, bohaterem akcji ratunkowej, w której uczestniczyłeś jako strażak, uczczonym w Białym Domu, polskim Sejmie, Nagrodą Fryderyka TV Polonia za rozsławianie imienia Polski, opisywanym w amerykańskich książkach, pokazywanym w mediach. Jak z tym wszystkim żyjesz…

Stanisław Trojanowski: Jakby ci powiedzieć, żeby nikt się nie obraził… Mnie samego to nie obchodzi ani nie zajmuje. Ja to robię dla chłopaków, którzy wtedy oddali życie. A straż pożarna to są 343 osoby. Dodaj do tego ich żony, dzieci, krewnych, znajomych. To jest wielka rodzina. Ja w niej żyję i robię, co mogę dla niej. Nie dbam o siebie i ten cały szum dookoła mnie…

KAI: W pierwszą rocznicę tragedii odmówiłeś prezydentowi RP i nie przyleciałeś, mimo imiennego zaproszenia na polskie obchody rocznicy tej tragedii. Wielu Polaków było zaskoczonych…

– Nie miałem nic przeciw Kwaśniewskiemu… Ale w World Trade Center poległ mój dowódca porucznik Glenn Wilkinson. Przez dziewięć godzin wyciągaliśmy jego ciało spod ruin. Rok później, 11 września, w naszej jednostce Engine 238 odsłanialiśmy tablicę ku jego pamięci. Gdzie miałem wtedy być? Z nim? Czy na salonach w Warszawie? Prezydenta i premiera Polski spotykałem potem na „Ground Zero”, na miejscu, gdzie było World Trade Center…

KAI: Porozmawiajmy o relacjach z innymi wielkimi tego świata. Co podarowałeś Janowi Pawłowi II?

– W prezencie imieninowym na świętego Karola, 3 listopada 2004 roku przekazałem Mu w darze swój hełm strażacki z 11 września 2001.

KAI: Był on obiektem starań i zabiegów wielu muzeów zarówno w Nowym Jorku, jak i w całych Stanach. Również dowództwo polskiej Straży Pożarnej prosiło cię o przekazanie hełmu do muzeum pożarniczego w kraju. Wartość takiego precjozum na aukcji odpowiadała wtedy… cenie samochodu. Dlaczego trafił w ręce papieża?

– Dzieci się nawet trochę „burzyły”, bo to pamiątka rodzinna, ale ja wiedziałem swoje. Nikomu innemu bym go nie oddał, tylko jemu… Po pierwsze, uważałem, że Jan Paweł II był jednym z uczestników naszej akcji na WTC. Po drugie, był tym człowiekiem, który jak nikt potrafił zrozumieć cierpienie, poświęcenie bliźniego i sens ofiary życia. Po trzecie, skoro tak cierpiał, chciałem Mu przez ten hełm dodać otuchy i siły do zmagania z chorobą.

KAI: Papież był wzruszony, przyjmując ten dar serca i błogosławił mu…

– To była dla mnie najlepsza „zapłata” za cały 11 września… Będę o tym pamiętał zawsze.

KAI: Jak zaczęła się dla ciebie tego dnia akcja?

– Przyszedłem do mojej jednostki Engine 238 na Greenpoincie na ranną zmianę od 9:00 rano. Byłem tam już o 8:10. W pokoju wypoczynkowym stale włączony jest telewizor na miejskim kanale informacyjnym „New York 1”. Napiłem się kawy i poszedłem do swojego wozu, za który odpowiadałem jako kierowca, aby zrobić przegląd. Rutyna.

Nagle usłyszałem krzyk kolegi z wypoczynkowego: „Szybko do mnie! Zobaczcie, co się dzieje!”. Spojrzałem na zegarek. Była 8.52. Na ekranie pokazywali wieże World Trade Center w kłębach dymu. Komentarze były chaotyczne. Mówiono o uderzeniu jakiegoś samolotu i o błędzie w pilotażu. Kumple spojrzeli na mnie. Pomyśleli to samo, co ja: „Jedziemy!”.

Tylko my w mieście mieliśmy wóz o pojemności 12 tysięcy litrów do gaszenia pianą, a gdy pali się benzyna, to tylko piana wchodzi w grę. Centrum dowodzenia zadzwoniło o 9.05, gdy wóz był już gotowy do wyjazdu. Porucznik Glenn Wilkinson wydał komendę: „Do wozu”. Chłopaki wskoczyli. Do mnie powiedział, abym wybrał trasę dojazdową, jaką uważam. Zwykle najkrócej byłoby jechać przez Brooklyn Bridge, ale rozum podpowiadał: Most Manhattański, bo wszystko pakowało teraz na Brooklyński. Wyjąłem zza koszuli medalik, ucałowałem i przeżegnałem się. Z „firehouse’u” wyjeżdżałem na syrenie, światłach i całą mocą, jaką fabryka dała…

Byliśmy w połowie mostu, gdy radio podało o drugim uderzeniu w północną wieżę WTC. Zadzwoniła komórka. Z drugiej strony odezwał się młodszy syn Michałek (miał wtedy 16 lat). Powiedział mi: „Tato, kocham cię. Wróć bezpiecznie”. Zakręciły mi się łzy w oczach. Żeby nie myślał, że pękam, powiedziałem: „Wszystko pod kontrolą, kolego…”.
Oczywiście, nic nie było pod kontrolą…

KAI: Co było potem?

– Wóz dotarł w rejon ulic Liberty i West, gdzie był punkt dowodzenia. Dookoła wszystko było zakorkowane samochodami straży, policji i pogotowia. Wszyscy na siebie trąbili, krzyczeli, wyzywali się najgrubszymi przekleństwami, o krok od rękoczynów. Porucznik Wilkinson podjął decyzję: „Tlen na plecy. Po drugiej butli na zapas. Za mną!”. Starym zwyczajem stanąłem przy drzwiach wozu i całowałem każdego wyskakującego. Tradycja. Znaczy, jeśli pocałowany, to musi wrócić z akcji, żeby… odcałować. Nie zdążyłem pocałować tylko porucznika. Już pędził przez ulicę, więc głupio było gonić… Krzyknąłem tylko: „Kiss you, Glenn!”, żeby zadziałało i na niego. Musiałem zostać przy wozie.

KAI: Jakie mieliście zadanie?

– Dotrzeć na 78. piętro WTC-1 i tam gasić. Załoga szła po schodach, mijając schodzących w dół pracowników. Ci krzyczeli, że to szaleństwo, że nas posyłają na śmierć. Chłopaki docierają. Żaden hydrant na piętrze nie działał. Szybami windowymi leje się płonąca benzyna. Rozpoczyna się ewakuacja przerażonych ludzi. Wyprowadzają całe piętro do hallu głównego. Wtedy coś wstrząsa budynkiem i następuje seria eksplozji. Lecą wszystkie szyby w hallu. Wybiegamy na zewnątrz. Patrzymy, a tu już nie ma WTC-2, jest tylko góra dymiącego gruzu. Glenn liczy ludzi. Brakuje jednego. Pyta, kto go widział ostatni i gdzie. Pędzi z powrotem do budynku. Ostatni raz widzę go przy życiu…

KAI: Co dalej?

– Kiedy kurz trochę opadł, zaczynamy się liczyć. Nie ma tylko… Glenna Wilkinsona. Jest ten strażak, który pobiegł, aby go szukać. Ciarki przeszły mi po plecach. Szybka decyzja: „Musimy go znaleźć!”. Ruszyliśmy w kierunku West Street, tam dokąd pobiegł. Rzucamy się do przeszukiwania rumowiska. Strażacy podawali wodę, ale hydranty padały jeden po drugim, bo ciśnienie słabło. Żywych już nie znajdowaliśmy.

Około 21.55 krzyk: „Chłopaki, znalazłem Glenna!” To woła jeden z kolegów. Jest jakieś 70 metrów od miejsca, gdzie był wieżowiec. Dokopał się do zwłok. Na plecach butla tlenowa, odgarnął gruz, żeby zobaczyć jej numer. Widzi pierwszą cyfrę „5”. Tak zaczyna się numeracja w naszej jednostce. Potem: 2, 3, 8… Glenn.

Pognaliśmy po sprzęt. Podnośniki poduszkowe, rozpieracze hydrauliczne, piły tarczowe do cięcia metalu, młoty, kilofy… Tniemy kawałek rumowiska po kawałku. Mówię: „My cię tu, stary, nie zostawimy. Jedziesz z nami…” Tarcze pił palą się do białości, sypią iskrami. O północy przychodzą ludzie z dowództwa, żeby nas odesłać na odpoczynek. Mówimy im spokojnie: „Tu jest nasz dowódca. Nie odejdziemy bez niego”. Uparł się jeden taki, że mamy zejść. Wtedy podobno chciałem mu przy…dolić toporkiem. Nie pamiętam… Pozwolili zostać. O siódmej rano wyciągamy Glenna. Połowa ciała spalona. Niesiemy go na ramionach w kierunku wozu. Służby medyczne odbierają nam zwłoki. Nie pozwalają nam odwieźć do kostnicy, jak chcieliśmy… Chcę pocałować Glenna, ale Bóg nie daje siły…

KAI: Kiedy był pogrzeb?

– Pochowaliśmy swego dowódcę 17 września 2001 roku. Dwa dni wcześniej odbył się pogrzeb kapelana straży pożarnej ks. Mychala Judge’a, uznanego oficjalnie za „ofiarę nr 1”. Zginął udzielając ostatniego namaszczenia umierającemu strażakowi, memu kumplowi Danny’emu Suhrowi. Po mojemu, to Danny był pierwszym poległym na ziemi. Wcześnie ginęli ludzie w wieżowcach, ale kto był pierwszym, nie da się ustalić. A tak naprawdę, to kapitanem pierwszego uprowadzonego samolotu, który uderzył w wieżę, był John Ogonowski. Z powodzeniem można by uznać jego pierwszeństwo. Wracając do pogrzebów – tego dnia, co ks, Judge’a, pochowano też szefa nowojorskiej straży pożarnej Petera Ganciego, który poległ, kierując akcją.

KAI: Na ilu pogrzebach strażackich byłeś?

– Na stu siedemnastu…

KAI: Czy jest ktoś, kto był więcej razy?

– Nie wiem. Rudolph Giuliani, legendarny burmistrz Nowego Jorku, uczestniczył w ponad 160 strażackich pożegnaniach, czasem nawet na trzech pochówkach dziennie. On jednak poruszał się opancerzoną limuzyną w obstawie, a ja jeździłem starym wysłużonym vanem. Ale to nie była rywalizacja. To był mój święty obowiązek. Oni zginęli 11 września 2001 roku, ja wyszedłem z akcji na World Trade Center cało. Być może dlatego, że oni zginęli.

KAI: Co się potem z tobą działo?

– Do marca 2002 roku byłem na chorobowym. Pogruchotane plecy, zmarnowane płuca, duszności, plucie krwią. Spotkania z psychologiem, żeby zwalczyć depresję, koszmary nocne. Poszedłem na aut. Emerytura w wieku 47 lat.

KAI: A koledzy?

– Ponad 600 zapadło na różne choroby, z tego przeszło 50 na raka. Zmarło już 64, kilkunastu popełniło samobójstwa. Ponad sto rodzin strażackich rozpadło się przez rozwody i separacje. Do psychiatrów i psychologów trafiło kilkadziesiąt osób… Itd. Wielu żyło z dnia na dzień, pili, szukali ratunku w spotkaniach z kumplami. To druga strona medalu naszego bohaterstwa, którym politycy napychają sobie gęby do patriotycznych przemówień.

KAI: Podczas akcji na World Trade Center oddało życie 343 nowojorskich strażaków. Jak wiadomo byli wśród nich Polacy, a Ty nieraz zwracałeś się do wielu ważnych ludzi w Polsce o ich upamiętnienie. I co?

– Generalnie, g…no! Poszło do ziemi co najmniej dwudziestu chłopaków polskiego pochodzenia. Z pamięci mogę wymienić: Josepha Grzelaka, Scotta Kopytko, Billa Krukowskiego, Allana Tarasiewicza, Michaela Warchalę, Stanleya Smagalę. Byli także nasi o typowo amerykańskich nazwiskach, jak choćby Dennis Crossa.

KAI: Czy walczyłeś o ich pamięć?

– Mówiłem o nich, kiedy mnie zaproszono do Sejmu, kiedy mnie przyjmowało dowództwo polskiej Straży Pożarnej. O konkretnym już nazwisku powiedziałem komendantowi Straży w Lublinie i tamtejszym oficjelom z prezydentem Wasilewskim na czele, który przyjął mnie w Ratuszu. Chodziło mi o Stanleya (Staszka) Smagalę. Uważałem go za symbol, prosiłem, żeby mu dać w Lublinie ulicę. Olali to…

KAI: Dlaczego on?

– Bo jego rodzina wywodzi się z Lubelskiego, ale nie tylko z tego powodu… Pięć tygodni po jego śmierci na świat przyszła jego córeczka… To było pierwsze z 52 dzieci, jakie urodziły się po śmierci swoich ojców 11 września 2001 roku. Wdowa po Staszku Dena, prócz wspólnie wybranego imienia: Alexa, dodała małej także Faith czyli Wiara.

Miejsce dla Staszka przy stole w domu jest nakrywane do każdego posiłku. Tak jakby tylko wyszedł na służbę i zaraz miał wrócić. Na tym polega siła wiary, że nie odszedł na zawsze. Jest z nami. Ulica mogła ten fakt podkreślić i być pięknym dowodem solidarności. Ale Lublin pozostał głuchy.

KAI: Czy bohaterowie 11 września mają swoje ulice poza Stanami?

– Oczywiście. W całej Europie Zachodniej, w Japonii, nawet na Ukrainie…

KAI: A w Polsce?

– Polski to jakoś nie dotyczy…

KAI: Co u ciebie słychać po dziesięciu latach od 11 września, Bohaterze? Co u rodziny?

– Gdy mówisz mi „bohaterze”, to chętnie bym ci przy…dolił. Całe szczęście, że już kończymy tę rozmowę… Większość czasu staram się spędzać w górach, gdzie mamy mały dom letni. Dobre powietrze, mało ludzi, dużo zwierząt. Żona Bogusia nadal pracuje. Najstarsza, 28-letnia córka Natalka wyszła za oficera US Navy, który służy jako inżynier na okręcie wojennym w rejonie Zatoki Perskiej. Urodził im się synek Jake, któremu wyprawiamy chrzciny w połowie września. Starszy chłopak ma 27 lat i służy w straży pożarnej w jednostce na Brooklynie. Młodszy, 25-latek Michał, pracuje w restauracji, jest strażakiem-ochotnikiem, ale też myśli o służbie zawodowej w FDNY. Jakoś klepie się tę amerykańską bidę…

KAI: Jaką bidę? Podobno za 11 Września dostaliście jakieś milionowe odszkodowania?

– Ty chyba jednak pracujesz na to, żeby zarobić w dzioba… Dopiero 20 grudnia zeszłego roku (pamiętam, bo to były moje urodziny) uchwalono 4,3 mld dolarów świadczeń dla poszkodowanych. Na leczenie, rehabilitację i częściowo na odszkodowania. Ja, tak jak inni strażacy, dostałem tylko za wcześniejsze przejście na emeryturę. Biorę też samą emeryturę.

KAI: Podobno na ruinach towarzyszyły wam podczas akcji plakaty obrazu Matki Boskiej, nazwanej potem Madonną z World Trade Center, która wspomagała ratowników?

– Tak, to prawda. Nie wiadomo dokładnie, jak się pojawiły, kto je porozwieszał. Wiele się o nich mówiło. Bez wątpienia były wówczas znakiem otuchy i nadziei dla tych, którzy byli wtedy w tym piekle.. Jak później ustalono, były to reprodukcje obrazu „Our Lady of Universe” („Matki Bożej Wschświata”), wystawianego w nowojorskiej siedzibie ONZ w roku 2000, którego autorką jest meksykańska artystka Jacqueline Ripstein, katoliczka żydowskiego pochodzenia.

KAI: Mam go na ścianie…

– Skoro mówisz, że go masz, to ja powiem skąd… Dostałeś go od nas, od strażaków nowojorskich, wraz ze strzępami flagi z wozu bojowego FDNY. Uważamy cię za „swojego człowieka”, który też był tego dnia w rejonie Ground Zero, który rozumie i pamięta – i nas strażaków, i to, co się 11 września działo.

KAI: Rozumiem i pamiętam. A czym pamięć o TYM jest dla ciebie?

– Dwie sprawy. Po pierwsze, jak najwięcej opowiadaj o tym, co się wtedy zdarzyło. Wszędzie, gdzie możesz. Ludzie muszą wiedzieć, jak było naprawdę. Bo ta prawda oficjalna i telewizyjna to często pic na wodę i propaganda. Po drugie, to taka zwykła, codzienna pamięć, a nie jakieś dęte mowy do kamer telewizyjnych i dziennikarzy. Proste czyny: zapal znicz na grobie kumpla, zadzwoń do żony i zapytaj, czy nie potrzebuje pomocy, zabierz jego syna na mecz koszykówki czy bejsbola. Reszta jest w nas…

KAI: Dziękuję za rozmowę.

Źródło: Dzięki uprzejmości Katolickiej Agencji Prasowej 

o autorze

Redakcja/Łukasz